Zupa tajska, czyli znowu Magda Makarowska

W moje ręce trafiła kolejna książka Magdy Makarowskiej, tym razem był to Szybki detoks. I generalnie, opisując ją, mogłabym przekopiować to, co napisałam o jej poprzedniej książce: Dieta uzdrawiająca organizm. Przepiękne zdjęcia, po obejrzeniu których człowiek leci do kuchni, żeby w amoku coś ugotować z podanych przepisów. A przepisy na konkretne dania są też niczego sobie, dział poświęcony słodkościom jak zwykle nastraja do przygotowania czegoś konkretnego. Jest całkiem sporo cennych informacji na temat wartości odżywczych, zasad zdrowego odżywiania, witamin i minerałów, przykładowo wykaz ile wapnia jest w różnych produktach, niekonkretnie w nabiale, który również jest tutaj silnie ograniczany, tak jak pszenica. I tak na przykład w 1 szklance soku z pomarańczy jest aż 300 mg wapnia, a w 50 g moich ukochanych suszonych moreli jest 35 mg wapnia, natomiast 1 szklanka napojów roślinnych to ok. 200-300 mg wapnia. Całość przepisów jest ułożona w program mający w 5 tygodni usprawnić metabolizm. Ponieważ ja korzystałam z książki w poszukiwaniu inspiracji kulinarnych, a nie w celu przeprowadzania detoksu, więc nie potwierdzę czy program jest skuteczny, ale zapewniam, że jest jak zwykle apetycznie.

I tym razem zrobiłam zupę tajską na bazie przepisów z obu książek. Wyszła super! Oto składniki:

  • piersi z kurczaka/indyka – ok.500 g, pokrojone w niedużą kostkę (2-3 cm)
  • 2 czerwone cebule pokrojone w kostkę,
  • kilka ząbków czosnku, wyciśniętych przez praskę,
  • całkiem spory kawałek świeżego imbiru (według uznania, my lubimy jego smak), posiekany w drobną kosteczkę lub starty na tarce,
  • kilka łyżek oleju kokosowego,
  • przyprawy: po około 1 łyżeczce kuminu, kolendry, kurkumy, sól i pieprz do smaku, 2-3 łyżki sosu sojowego,
  • warzywa korzeniowe: 1-2 marchewki, pietruszka, seler,
  • mieszanka warzyw, może być dowolny mix brokułów, kalafiora, cukinii, fasolki, szparagów, brukselki, groszku, kalarepy czy co tam jeszcze mamy. Ja, teraz, o tej porze roku, po prostu kupuję taką mieszankę mrożoną. O wiele szybciej przebiega wtedy proces gotowania, bo nie trzeba niczego samemu kroić, siekać i obierać, ale wiadomo, w sezonie warto się wysilić,
  • szklankę lub więcej mleczka kokosowego, ja kupuję litrowe kartony aroy-d,
  • sok z 1 małej cytryny lub limonki,
  • woda – około pół litra lub więcej, w zależności od pojemności garnka i tego, ile dodaliśmy mleczka kokosowego. Nie lubię pisać ile czego konkretnie należy dodać, bo każdy powinien gotować, aby zadowolić własne kubki smakowe. My lubimy, gdy zupa jest zawiesista, gęsta i aromatyczna od mleczka kokosowego, ale niektórzy wolą bardziej rozwodnioną, za to z większą ilością przypraw,
  • pęczek natki kolendry lub natki pietruszki (z kolendrą jest lepsze, ale nie zawsze można ją dostać).

W garnku, w którym gotuję zupę, na oleju kokosowym podsmażam cebulkę przez kilka minut, następnie dodaję indyka/kurczaka, również przesmażam chwilę i dodaję czosnek, imbir i przyprawy (kumin, kurkuma, kolendra i sos sojowy). Sól i pieprz najlepiej dać na końcu gotowania, żeby nie przesadzić. Po chwili podlewam całość wodą, wrzucam, pokrojone w kostkę, warzywa korzeniowe i gotuję przez 10-15 minut, następnie wlewam mleczko kokosowe, sok z cytryny, dokładam pozostałe warzywa i gotuję do miękkości. Na samym końcu dodaję posiekaną zieleninę.

Smacznego!

P.S. W tle ktoś strzyże uszami i tylko marzy, żeby go zostawić chwilę sam na sam z zupą na kocyku 🙂

Dodaj komentarz